Mówi się, iż istnieją granicę, których możliwe jest przekroczenie tylko w jedną stronę. Taką granicą jest na przykład czas, którego się już nie cofnie. Ale jeśli byliśmy uważni na lekcjach chemii, wiemy, że prawie każdą reakcje chemiczną można odwrócić. Ciekawe, co ze śmiercią? Czyż ona nie jest granicą? Przejściem? Ale zaraz, jeśli coś jest przejściem, to musi mieć dwie strony... I teoretycznie można je przekroczyć w obu kierunkach. Dlatego zdarzają się przypadki ludzi, którzy doświadczyli tak zwanej śmierci klinicznej. Ich ciała umarły, lecz potem ożyły. A to, co przeżyły te osoby, na zawsze zmieniło ich życie. Podobnie sprawa wygląda z popadnięciem w obłęd. W obłęd? Tak. Przypomina to śmierć kliniczną umysłu. Powiedzenie, że było się po drugiej stronie lustra nie wzięło się znikąd. Najważniejsze, że tak jak w przypadku pozornej śmierci, można wrócić do rzeczywistości, z martwych powstać.
Wydaję mi się, że tak naprawdę granice są tam, gdzie dalej nie ma nic, gdzie coś się koczy. Natomiast przejście jest tam, gdzie jedna rzecz przechodzi w drugą, a druga w trzecią. Czyli czas jest granicą, po której nie ma nic, bo przecież jest tylko teraz! Natomiast inne wymiary, takie jak płaszczyzna, nie mają granic. Są granic umowne takie jak między państwami na geografii... Ciekawostką jest, że po śmierci chociaż nie ma czasu, sekund, które my znamy i nikt nie patrzy na zegarek, istnieje również pewna chronologia. Inny czas. Czas zmian.
Poza tym trzeba pamiętać, że czas jest względny. I doprawdy nie potrzeba być Eisensteinem, aby się o tym przekonać! Już dziecko widzi, że kiedy na coś czeka, czas się dłuży, a kiedy dobrze się bawi z przyjaciółmi - czas leci błyskawicznie.
Czas to też Miłość, jak głosi hasło Soli Deo. Dlaczego? Bo im bardziej kochamy, tym szybciej przybliżamy się do Boga. Czyli mamy wzór na prędkość (v=t*s), tylko podstawiliśmy pod czas - miłość.